film,  Recenzje

„Smętarz dla zwierzaków”

Stephen King, zaraz po Murakamim, jest na samym początku mojej listy ulubionych pisarzy. Śmiało można nazwać go mistrzem słowa. Czytając jego książki zawsze czuję delikatny dreszczyk i niepewność. Krótko mówiąc – King sam w sobie jest niebywałym fenomenem, którego nie sposób odwzorować czy zekranizować.

Ale kiedy powstaje film na podstawie jednej z Waszych ulubionych powieści to jasne jest, że pobiegniecie do kina. Nawet, jeśli Smętarz dla zwierzaków miałby się to okazać totalną klapą. Niestety – trochę było tak też w tym przypadku, ale remake’i rzadko kiedy dorastają do pięt pierwszym wersjom. W ogóle – powiedzmy sobie szczerze – filmy na podstawie książek zazwyczaj są do kitu.

Początek filmu to powierzchowne i niezbyt zapadające w pamięć sceny przyjazdu rodziny do miasteczka zwanego Ludlow. Przeprowadza się tu doktor Louis Creed z żoną Rachel, córką Ellie i synkiem Gage’em. Pewnego dnia mała Ellie widzi dzieci, które w dziwnej procesji zmierzają w stronę lasu, niosąc ze sobą nieżywego zwierzaka. Dzięki ciekawości dziewczynki, rodzina dowiaduje się, że niedaleko ich posiadłości jest cmentarz, na którym chowa się zdechłe zwierzęta. Jest to dość przeciągły początek, a akcja zdaje się rozkręcać, gdy ciężarówka zabija Churchilla – kota małej Ellie. Tutaj zbawieniem staje się stary sąsiad – Jud. Nie chcąc aby dziewczynka straciła przyjaciela, zabiera Louisa w miejsce, gdzie zmarli powracają do życia. Wystarczy zakopać ich na „uduchowionej” ziemi.

Kot powraca, ale nie jest już kochanym i delikatnym Churchem, tylko żądną krwi małą bestią, która wcale nie jest wdzięczna za sprowadzenie jej spowrotem. Doprowadza do śmierci swojej dawnej właścicielki, co rodzi niebywałe, tragiczne wydarzenia w rodzinie Creedów. Pogrążony w rozpaczy ojciec zakopuje dziewczynkę na owej, jak się okazało, przeklętej ziemi. Nie jest nawet świadomy jakie czekają go konsekwencje.

Jeśli mam się czepiać, to w filmie nie było nic, co mogłoby sprawić, że zostanie zapamiętany. Jak choćby w wersji z 1989 roku, gdzie scenariusz był napisany przez samego Stephena Kinga i pokazał wartkość akcji, której tutaj mi niestety zabrakło. Dla mnie poblematyczne było też błądzenie filmowej Rachel po ekranie. Mało było w tym czegoś, co możnaby określać mianem profesjonalizmu. Pozytywnie natomiast zaskoczył mnie Jason Clarke, który jako Louis świetnie balansował na krawdędzi załamania psychicznego i pewnego rodzaju szczęścia.
Główny wątek psychologiczny, czyli borykanie się ze stratą bliskich, zostaje tutaj oczywiście utrzymany na poziomie umiarkowanego napięcia czyli tak, jak cała produkcja.

Podsumowując – nie było żadnych fajerwerków ani meteorytów w mojej głowie podczas oglądania filmu Smętarz dla zwierzaków. I tak, spodziewałam się czegoś więcej po zeszłorocznej premierze „To”, która w jakiś sposób zdobyła moje serce. Więc jeśli macie zamiar iść do kina, to koniecznie zaopatrzcie się w duży popcorn i coś do przepicia, żeby (tak, jak ja) nie znudzić się po dwudziestu minutach patrzenia na ekran. 😉

Jeśli nadal jesteście ciekawi – zwiastun do obejrzenia tutaj.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *