muzyka,  Recenzje

Muse ‚Simulation Theory’

 

Muse nigdy nie było zespołem przepełnionym oryginalnością, takim, który już za chwilę dokona w muzyce czegoś wielkiego, czego nigdy nie zapomnimy. Mimo to, czasem całkiem mocno i otwarcie inspirując się klasykami, potrafili wypracować swój niepowtarzalny styl i zdobyć ogromną rzeszę fanów. Kilka dni temu wydali swój ósmy studyjny album Simulation Theory. Album, który właściwie nie miał powstać zbyt szybko i który… może całkowicie wywrócić spojrzenie niektórych fanów na całą twórczość zespołu.

Od pierwszych, otwierających album dźwięków możemy zauważać różnice. Elektronika do tej pory była obecna w twórczości Muse. Nie była ona jednak aż tak pompatyczna, wszędobylska i wręcz nachalna. Syntezatory można usłyszeć tutaj wszędzie. Rock nie gra już pierwszych skrzypiec, od teraz to elektronika przejęła stery i pewnie trzyma je w dłoniach.

Chwytliwe riffy gitarowe, które mogliśmy usłyszeć na wcześniejszych albumach tutaj zostały przysłonięte klawiszami, przesterowane i… chwilami nieelegancko zepchnięte za burtę. Niestety, w niektórych kawałkach bardzo mocno odczuć można ich brak – a przyznać trzeba, że do tej pory Muse mogło pochwalić się bardzo chwytliwymi partiami gitarowymi. Na całe szczęście wokal, tak bardzo charakterystyczny dla kompozycji tego zespołu pozostał bez większych zmian i w wielu przypadkach ratuje ten album.

Nowe brzmienie Muse to też nowi producenci – co ciekawe, niektórymi utworami zajął się Timbaland, bardzo dobrze znany z wielu piosenek z najpopularniejszych rozgłośni. Moim zdaniem wybór kompletnie nietrafiony i właściwie większość kawałków, którymi zajął się ów Timbaland nie można zaliczyć do najlepszych. Możliwe, że jest to tylko wymysł wytwórni (a właściwie mam nadzieje, że jest). To ‚dzięki’ niemu dostajemy na płycie ‚rockowego’ zespołu kompozycje Break it to Me, która o wiele lepiej wpasowałaby się między kawałki Justina Timberlake’a. Oj chciałoby się o tym zapomnieć…

Im dalej w las, tym dziwniej. Utwory pasują do siebie tylko ze względu na (o zgrozo) elektronikę i usilne próby bycia przebojowym. Słuchając ich osobno, wydają się być kawałkami bez wyrazu. Nie jest jednak aż tak źle na całym, jakby się wydawało – singlowe Thought Contagion, czy Propaganda to całkiem chwytliwe kompozycje nieco bardziej przypominające stare Muse. Takich przykładów jednak nie znajdziemy zbyt dużo i patrząc na całość, wcale nie ratują one sytuacji.
Czuć tutaj bardzo dużo inspiracji minionymi latami, klimatem wyrwanym z Blade Runnera czy Drive – szczególnie, jeśli spojrzy się też na okładkę (która swoją drogą jest bardzo udana).

Simulation Theory to duży krok dla Muse. Moim zdaniem wygląda trochę na usilne próby zaskoczenia czymś nowym, niestety – nie do końca przemyślanym. Album nie zachwyca oryginalnością, chociaż wydaje się, że miał to robić. Dostajemy tutaj Muse w maskach z zagubioną wcześniejszą tożsamością. Jeśli tak miałyby wyglądać wszystkie kolejne wydawnictwa zespołu, nie byłabym zachwycona tym faktem. Jeśli jednak jest to tylko chwilowy eksperyment – z ciekawością poczekam na kolejną płytę, tą jednak jako całość spróbuję wyprzeć ze swojej pamięci.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *