książka,  Recenzje

Powrót do dzieciństwa, czyli „Nowe Przygody Kubusia Puchatka”.

Od kilkunastu lat okres dzieciństwa mam już za sobą. Myślę sobie, że zauważyłam i zinterpretowałam już mnóstwo rzeczy w swoim życiu. Zdążyłam mieć przyjaciół i przeżyć ich odejście. Były przelotne zauroczenia i niewyjaśnione znajomości trwające zbyt długo. Był czas buntu i podjęcia odpowiedzialności. Wszyscy przez to przechodzimy, prawda? Kiedy przychodzi czas, że zaczynamy rozumieć, iż pewne nauki możemy wyciągać wracając do książek z dzieciństwa? Bo kiedyś w końcu takie wnioski wysnuwamy. Jeśli tylko trochę bardziej się nad tym zastanowicie 😉

Król Lew, Mulan, Kopciuszek, Królewna Śnieżka, Pocahontas… każdy ma jakąś ulubioną bajkę z dzieciństwa. Pamiętam, jak pierwszy raz skończyłam samodzielnie czytać Kubusia Puchatka i zaczęłam wybierać nową książkę z listy. Zastanawiałam się nad tym trzy dni, po czym otworzyłam tą samą książkę. I tak oto Kubuś Puchatek stał się ulubioną książką mojego dzieciństwa. A właściwie to jedną z najulubieńszych książek mojego życia, a sam miś jest postacią, którą znajduję w sobie w najdziwniejszych momentach swojego życia.

Nie dalej jak trzy miesiące temu kupiłam całkiem świeże wydanie Nowych Przygód Kubusia Puchatka. To kontynuacja przygód ulubionych bohaterów większości dzieci, świetnie przełożona przez Michała Rusinka. Ilustracje w tej książce są robione na wzór tych stworzonych przez pana Sheparda, czyli pierwszego twórcę ilustracji do książek Adama Alexandra Milne’a. Po prostu musiałam ją mieć!

Książka czekała na mnie te trzy miesiące. Czekała, aż będę mieć czas i odwagę do niej powrócić. Dlaczego odwagę? A no dlatego, że zastanawiając się nad charakterem danej postaci, najczęściej gdzieś między kartami znajdujemy miejsce dla naszych osobowości. I wtedy uświadamiamy sobie, że czasem jesteśmy jak ten Kłapouchy pogrążony w depresji. Albo chcemy mieć zawsze rację, jak ten czarnowidz Królik. Albo mamy najzwyczajniej w świecie zbyt mały rozumek, jak ciapa Puchatek. Myślę, że dorośli między innymi dlatego nie czytają bajek – boją się tej podróży w głąb siebie.

Ale ja się wcale nie boję i właśnie dlatego kupiłam książkę, w której mogę odnaleźć całą siebie. 🙂 Bałam się tego, że nie będzie to tłumaczenie tak cudowne jak przekład pani Ireny Tuwim. Podchodziłam z dystansem, bo jednak te najpierwsze wersje są zawsze najlepsze. Ale! Pan Rusinek bardzo dobrze poradził sobie z wyzwaniem. Jeśli dodać do tego ilustracje, które nie są ani trochę przejaskrawione i zbyt… nowoczesne, to otrzymujemy złoty środek. W książce mamy cztery rozdziały. Każdy napisany przez innego autora. Akcja każdego dzieje się o innej porze roku. I chociaż nie została napisana z taką czułością jak pierwowzór, to myślę, że każdy fan Puchatka znajdzie w niej coś dobrego.

Ja osobiście, dzięki takim powrotom do czasów dzieciństwa, o wiele bardziej doceniam charakter bajkowych postaci. Kupuję mnóstwo rzeczy, które mi o nich przypominają. Kubki (milion kubków), koszulki, plecaki, skarpetki itp. Jako mała dziewczynka dostałam od chrzestnej obrazek z zaspanym Puchatkiem. Wtedy to był dla mnie trochę obciach, więc zawsze znalazłam mu miejsce w pokoju, gdzie nie było go widać. Dzisiaj, po prawie dwudziestu latach, wisi on nad moim łóżkiem i wcale się tego nie wstydzę. 🙂

Może świadczy to o mojej infantylności. Może uznacie, że jestem zbyt dziecinna (moja siostrzenica uznała na przykład, że cofam się w… przedziale wiekowym). No trudno. Cieszę się tym, że czasem mogę przeczytać takie na pozór nic nie wnoszące do życia książki. Uwielbiam oglądać bajki. Doceniam dzięki nim rzeczy, o których jeszcze niedawno nie miałam pojęcia. Polecam i Wam powrót do książek i bajek z dzieciństwa. Czytajcie, głęboko zastanawiając się, gdzie jest i Wasze miejsce. Wtedy z pewnością nie staniecie się tymi nudnymi dorosłymi z filmu Krzysiu, gdzie jesteś. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *